EnglishDeutsch strona gwna cmentarze Ratujc pami stan 1925 bukowiec wykaz cmentarzy bibliografia linki kontakt z autorem


Wywiad z Krzysztofem Worobcem, prezesem Stowarzyszenia na Rzecz Ochrony Krajobrazu Kulturowego Warmii i Mazur "Sadyba"

W poszukiwaniu ciekawych tematów zajrzałam do listy, którą otrzymałam od Michała Wiśniewskiego. Była tam “Sadyba” - Stowarzyszenie na Rzecz Ochrony Krajobrazu Kulturowego Warmii i Mazur. We wrześniu, kiedy odszukałam ich na facebooku, właśnie trwała piąta edycja wolontariackiego projektu „Zagubione wioski Puszczy Piskiej”. Na rozmowę o projekcie i Stowarzyszeniu zgodził się pan Krzysztof Worobiec. Gdy zadzwoniłam, usłyszałam: “Tu Oberża pod Psem...”

Witam pana serdecznie! I dziękuję za znalezienie dla mnie czasu – jest pan bardzo zapracowanym człowiekiem. „Oberża pod Psem” jest wymagająca!

K.W. Tak, wymagająca – ale warta każdego wysiłku. Zapraszam do nas wszystkich.

Sądzę, że po przeczytaniu wywiadu wiele osób zapragnie poznać pana osobiście, więc do „Oberży” zajrzą nowi goście. A teraz porozmawiajmy o stowarzyszeniu “Sadyba”. Zaczęliście działać formalnie od 2004 roku, ale już wcześniej podejmowaliście działania związane z ratowaniem pamięci.

K.W. Stowarzyszenie powstało w 2004. Wcześniej interesowałem się cmentarzami można powiedzieć hobbystycznie. W 2002 roku po raz pierwszy jakoś sformalizowałem swoje działania, biorąc udział w konkursie stowarzyszenia Społeczny Komitet Ratowania Dawnych Cmentarzy na Warmii i Mazurach z Olsztyna. Stowarzyszenie ogłosiło parę edycji konkursu na opisanie dawnych cmentarzy. W 2002 i 2003 roku wysłałem swoje opracowanie i dwukrotnie zająłem drugie miejsce. Były to IX i X edycja. Skoro brałem udział w tym konkursie, to znaczy, że musiałem już dużo wcześniej zajmować się tematem. To zaczęło się chyba zaraz po tym, jak osiedliliśmy się tutaj. Intrygowało mnie skąd na Mazurach tyle małych, rodzinnych cmentarzy rozsianych po całym lesie...

Osiedliliście się państwo... Skąd i kiedy przybył pan na Mazury?

K.W. Mieszkamy tu od ponad ćwierćwiecza - przyjechaliśmy w 1990. Pochodzimy z tzw. "ziem zachodnich". Moja żona to rodowita wrocławianka, a ja pochodzę z Zielonej Góry. I prawie od początku, odkąd tu mieszkamy, zaczęliśmy nie tylko interesować się historią tej ziemi, ale dbać o zachowanie zapisanych w krajobrazie jej śladów oraz przywracanie pamięci. W 1992 roku kupiliśmy podupadające gospodarstwo. W 1996 przestawiliśmy na swój teren pierwszą drewnianą chałupę. Do dziś uratowaliśmy w ten sposób już 7 zabytkowych budynków: 4 duże i 2 małe już stoją, jeszcze jeden czeka na złożenie. W ten sposób powstał mały skansen, wpisany do rejestru zabytków jako "Osada Kulturowa w Kadzidłowie". Czasami żartujemy sobie, że wybudowaliśmy sobie swoją wioskę. Jest to już znane i popularne miejsce. Po zainteresowaniu tradycyjnym budownictwem drewnianym, drugim krokiem - chyba naturalnym, było zainteresowanie się małymi, rodzinnymi cmentarzami. Jeden z nich znajduje się kilkanaście metrów od granicy naszej posesji.

Rozumiem, że były to działania inspirowane przez państwa, ale sami fizycznie nie dalibyście rady.

K.W. Gdy my ratowaliśmy - translokując do Kadzidłowa - kolejne drewniane chałupy, inni w tym samym czasie podobne budynki rozbierali, przebudowywali, niszczyli. Dlatego w 2004 roku założyliśmy z żoną i grupką przyjaciół Stowarzyszenie na Rzecz Ochrony Krajobrazu Kulturowego Warmii i Mazur "Sadyba". Skupia ono blisko 40 osób z całej Polski i spoza jej granic: mamy członków z Niemiec i Szwajcarii. To pasjonaci krajobrazu kulturowego i przyrodniczego Mazur.

Zakres państwa zainteresowań to...

K.W. W samej nazwie zawiera się zakres działania. Interesują nas bowiem wszystkie aspekty krajobrazu kulturowego. Szanując krajobraz kulturowy należy także zadbać o krajobraz naturalny, czyli przyrodę. Stąd nasza akcja, która swoim zasięgiem objęła całą Polskę: „Aleje przydrożne" - ratowanie alei przydrożnych, wycinanych w całym kraju. Działaliśmy równolegle na rzecz ratowania architektury poprzez doprowadzanie do wpisywania obiektów do rejestru zabytków. W ten sposób ocaliliśmy kilkadziesiąt budynków murowanych i drewnianych.

I tak coraz bliżej było do zajęcia się cmentarzami!

K.W. Tak! Najpierw, jak już opowiadałem, były moje wyprawy do Puszczy i poszukiwania tych ukrytych wśród drzew miejsc. Potem, w 2008 roku, powstał mój autorski projekt „Zagubione wioski Puszczy Piskiej”.

Czy jesteście państwo zawodowo związani z tymi działaniami?

K.W. Jestem magistrem geografii po Uniwersytecie Wrocławskim. Żona jest magistrem organizacji zarządzania i inżynierem chemii po Akademii Ekonomicznej, także we Wrocławiu.

Teraz porozmawiajmy o wspomnianym projekcie. Jest skrojony na dużą miarę. Weźmy współpracę ze stroną niemiecką.

K.W. Zanim zacznę o projekcie, muszę wspomnieć o jednym z jego partnerów. Wspólnota Kulturowa „Borussia” z Olsztyna, założona przez historyka Roberta Trabe, specjalizującego się w badaniach nad pamięcią. “Borussia” zainicjowała m. in. wolontariat w ochronie krajobrazu Warmii i Mazur. W tej kwestii współpracowali z małymi organizacjami, takimi jak “Sadyba”. Były to roczne wolontariaty, na które zapraszani byli Polacy, Niemcy i Rosjanie. Naturalną więc rzeczą było to, że gdy zrodził się pomysł mojego projektu, to podjęliśmy współpracę właśnie z „Borussią”. Oni zajęli się naborem kandydatów z Polski i Niemiec, ich przegotowaniem i organizacją funduszy, my stroną merytoryczną i tzw. logistyką tu, w Puszczy Piskiej.

„Borussia” i „Sadyba”?

K.W. Realizację mojego projektu rozpoczęliśmy w 2009 roku. Było wówczas czterech partnerów: „Sadyba” - jako autor projekt, „Borussia” - odpowiedzialna za nabór wolontariuszy i zabezpieczanie finansów, Nadleśnictwo Pisz - jako właściciel terenów na których miał być realizowany projekt oraz Krajowy Ośrodek Badań i Dokumentacji Zabytków w Warszawie, oddział w Olsztynie (obecnie przekształcony w Narodowy Instytut Dziedzictwa), zajmujący się stroną konserwatorską i współfinansujący projekt. W skład trzech pierwszych edycji wchodzili wolontariusze - studenci z Niemiec, Polski i Rosji (w trzeciej także jedna osoba z Austrii i jedna z Włoch). Potem nastąpiła przerwa. W 2016 roku nawiązaliśmy współpracę z Uniwersytetem w Dusseldorfie i studentami architektury z Uniwersytetu z Olsztyna. Po nawiązaniu tej współpracy odbyły się dwie edycje projektu.

Czy w projekcie uczestniczą potomkowie dawnych mieszkańców Mazur?

K.W. Prawdę mówiąc nigdy nie interesowaliśmy się przeszłością wolontariuszy. W zasadzie nie pytamy wolontariuszy o pobudki, ważne, że chcą pracować. Jednakże warto wspomnieć, że wznowienie projektu i kontakt z uniwersytetem w Dusseldorfie zawdzięczamy dr. Sabine Grabowski, która poszukując swoich korzeni, trafiła do „Sadyby” - i tak zaczęła się nasza współpraca. Dziadkowie dr Grabowski prowadzili karczmę w jednej z zagubionych wsi, jej ojciec jak dziecko tam mieszkał. Po powrocie od nas do Niemiec namówiła swojego profesora i swoich studentów, by realizowali wspólnie z nami projekt. W ten sposób reaktywowaliśmy działania w nieco zmienionej formule. Wykruszył się również jeden z partnerów, NID. Zastąpiła go szkoła lokalna – Liceum Ogólnokształcące z Piszu.

Czy współpracując z Niemcami na rzecz renowacji i porządkowania cmentarzy prowadzicie również edukację historyczną?

K.W. Tak, ta warstwa edukacyjna jest bardzo ważna. Wolontariusze przyjeżdżają nie tylko sprzątać, więc oczywiście nasze działania są podbudowane merytorycznie. Młodzież niemiecka przyjeżdża ze swoim profesorem, z panią doktor i przed przyjazdem robią kwerendę po swojej stronie, w archiwum w Berlinie. Potem robią kwerendę w Archiwum Państwowym w Olsztynie, którego zasoby też są bogate i interesujące. Oprócz tego biorą udział w wykładach o krajobrazie kulturowym Mazur i Warmii, w szczególności o tutejszych założeniach cmentarnych i ich historii, o zasadach konserwacji zabytków a szczególnie nagrobków, a ja sam opowiadam o tym, skąd się wzięły owe zagubione wioski i o historii wiosek, w których będą pracować.

Czy wydali państwo jakąś publikację?

K.W. Tematem zagubionych wiosek zajmuję się od 2005 roku. Najpierw była to tylko ciekawość i poszukiwania ich śladów w terenie, potem poszukiwania tych śladów w literaturze i archiwach. Posiadając już sporą wiedzę napisałem projekt, który jest teraz realizowany. Jego podstawą są trzy założenia. Pierwszy to odkrywanie i uczytelnianie tego, co przez ponad pół wieku ukryte w puszczy przetrwało z dawnych wiosek, i co powoli jest wchłaniane przez naturę. W realizacje tego założenia wchodzi porządkowanie cmentarzy, ich grodzenie, oczyszczanie, konserwowanie, rekonstruowanie napisów na płytach nagrobnych, etc. Drugim założeniem jest edukacja zarówno wolontariuszy, jak i młodzieży z liceum w Piszu. Licealiści przejmują pałeczkę od wolontariuszy letnich. Nazwaliśmy ich Strażnikami Pamięci, bo utrwalają to, co zostało zrobione podczas obozów wolontariackich. Trzecim założeniem jest przywracanie pamięci o dziejach tych zapomnianych miejsc i historii żyjących tam ludzi. W realizacji tego celu pomoże przygotowanie wydawnictwa, mapy, wytyczenie szlaku pieszo - rowerowego, jego oznakowanie i ustawieniem w każdej wiosce tablic z krótką informacją o historii miejsca. Przez te wszystkie lata zebrałem ogrom materiałów archiwalnych, które zawarłem w potężnym tekście - blisko 700 stron i prawie 700 ilustracji! Książka jest w tej chwili już w korekcie, wyjdzie w dwóch tomach, prawdopodobnie w zimie. Oprócz tego wydaliśmy w roku 2018 mapkę - to mapa Puszczy Piskiej z naniesionymi na nią cmentarzami z zagubionych wiosek.

Na książkę musimy poczekać, a czy mapa jest dostępna?

K.W. Mapka nie jest sprzedawana, jest to bezpłatne wydawnictwo.

Opowiedział mi pan o przedsięwzięciu zakrojonym na bardzo szeroką skalę. Czym Mazury różnią się od reszty kraju, że takie ogromne przedsięwzięcia się tu udają?

K.W. Wiele czynników składa się na to, że się nam udało. Mazury pozbawione są rdzennej ludności, jest dużo ludzi napływowych, z całej Polski. Wśród nich jest wielu "ciekawskich", którzy chcą poznać historię terenów, na których się osiedlili. Nas samych zaintrygowały na przykład pobliskie cmentarze starowierców, bo spodziewaliśmy się spotkać jedynie ewangelickie - a tu? Proszę! Krzyże prawosławne, a po dokładniejszym obejrzeniu okazało się, że to starowierskie! Skąd się tu wzięły? Tak krok po kroku szukaliśmy śladów historii w otaczającym nas krajobrazie. Nie byliśmy jedynymi, inni też szukali, pytali, czytali, publikowali. W 1990 powstało prężnie działające stowarzyszenie „Wspólnota Kulturowa Borussia”, którego jednym z celów było poznawanie regionalnej przeszłości Warmii i Mazur oraz prowadzenie działalności edukacyjnej m.in. poprzez swoje wydawnictwa. Było ich naprawdę wiele. Przedruki starych niemieckich książek, ale też opracowania i badania historyczne. Wokół zaczął powstawać krąg sympatyków i zainteresowanych. Zaczęły tworzyć się "wyspy" - grupy ludzi zainteresowanych miejscem, które wybrali na swoje miejsce do życia. I tak, wcześniej czy później, wszyscy się poznaliśmy. Powstał rodzaj sieci. Na zasadzie synergii, a trochę na zasadzie dobrze pojętej konkurencji. Zrobiło się gęsto od ofert kulturalno-edukacyjno-historycznych. Pisz: "Znad Pisy: wydawnictwo poświęcone Ziemi Piskiej", Szczytno: „Rocznik Mazurski”, Giżycko: „Masovia”, Węgorzewo: "Studia Angerburgica", Mrągowo: „Zeszyty Historyczne”, Olsztyn: "Borussia. Kultura. Historia. Literatura" etc. To wszystko są roczniki regionalne na bardzo wysokim poziomie, także naukowym, pojawiają się w nich poważne prace, opracowania etc.

Sprowadziliście się na Mazury dopiero w latach 90-tych XX wieku. A czy sądzi pan, że ci, którzy zasiedlili Mazury tuż po wojnie, też mają takie spojrzenie pełne ciekawości?

K.W. Nie. Ci, którzy przyjechali tu przed nami, czasami zaledwie 10 -15 lat wcześniej, uważają nas bardzo często za obcych, za kogoś z zewnątrz. Oni z reguły nie interesują się historią tego rejonu; najbardziej aktywni są najczęściej ci, którzy osiedlili się tu później, dobrowolnie, z własnego wyboru. Oczywiście działają i publikują również ci, którzy z Mazur się wywodzą, ale wrócili tu w drugim lub nawet trzecim pokoleniu. Niestety większość mieszkańców, którzy są tu „od zawsze”, nie interesuje się historią tych terenów.

Ale czy spotykacie się z nieprzychylnym odbiorem waszych działań? Obojętność wobec tematu to jedno, nieprzychylność to zupełnie co innego.

K.W. My jesteśmy niezależni, bo nie bierzemy od nikogo pieniędzy, a wszystko robimy społecznie, za swoje środki. A urzędnicy raczej nie lubią ludzi niezależnych, bo nie można wywierać na nich żadnego nacisku. Dlatego niekiedy nas nie lubią. Poza tym nie zawsze chyba rozumieją, o co nam chodzi. Po co zajmować się przeszłością i to nie naszą?! Jakimiś cmentarzami, drewnianymi chatami... Oto skrajny przypadek, jak traktują historię: zaproszono nas kiedyś na jakieś spotkanie dotyczące przyszłości gminy. Mówiliśmy o konieczności dbania o krajobraz, o dziedzictwo kulturowe itd., a burmistrz na to: „a jakie tu dziedzictwo kulturowe, jak to wszystko poniemieckie?” No i koniec dyskusji. Inna historia: w jednej z wsi wybuchł konflikt o kamień Bismarcka. Ludność miejscowa go podniosła, sama z siebie. Rozgorzała awantura. Nastąpił podział na zwolenników i przeciwników pokazywania śladów historii po naszych poprzednikach na tej ziemi. W końcu trzeba było kamień z powrotem przewrócić, bo postawiono zarzut samowoli budowlanej! Temat trafił nawet do mediów krajowych, „Wyborczej” i „Rzeczypospolitej”. Pewien znany dziennikarz z tej drugiej gazety nazwał nas - zwolenników ustawienia kamienia - "germanizatorami przestrzeni publicznej".

A skoro jesteście "germanizatorami", to czy strona niemiecka was za to hołubi?

K.W. Otóż nie. Ich też nie za bardzo interesuje, co my robimy. Mamy kontakt z członkami stowarzyszeń mniejszości niemieckiej oraz związkami byłych mieszkańców tych ziem. Oni wydają swoje wydawnictwa, piszą o historii I współczesnym obliczu ojcowizny, ale w ogóle nie interesują się tym, co my robimy, o wsparciu naszych działań nie wspominając.

Czyli współpraca z niemiecką młodzieżą oparta jest tylko na prywatnych kontaktach?

K.W. Można tak powiedzieć. My prowadzimy otwartą działalność, jesteśmy znani, często odzywają się do nas ludzie z pytaniami, tak jak pani. Nasz zasięg się rozrasta. Wie pani, zawsze mnie zaskakuje, że Niemcy jako społeczeństwo tak bogate, nie dba o swoje dziedzictwo, o pozostawione na wschodzie ich dawnego państwa cmentarze. W czasach PRL-u wystarczyło dać parę marek, by ktoś zadbał o te miejsca, o groby ich bliskich. Po 1989 roku mogli już robić to sami, ale tylko przyjeżdżali, fotografowali i wyjeżdżali oburzeni, że nikt nic nie robi, że cmentarze są zaniedbane. Pisali o swoich wrażeniach w pismach typu Heimatbrief, utyskiwali. Ale nie podejmowali działań. Oczywiście to uogólnienie, bo mamy w stowarzyszeniu Niemców, którzy nam pomagają. Znam też niemiecką rodzinę, która co roku tu przyjeżdża i porządkuje, ale tylko swoje groby. To są jednak pojedyncze przypadki, o czym świadczy stan wielu cmentarzy. Na szczęście coraz częściej zmieniający się na korzyść. Coraz więcej dawnych cmentarzy jest pielęgnowanych przez stowarzyszenia takie jak nasze i społeczności lokalne.

Czemu więc my dbamy o tę pamięć bardziej, niż prawdziwi potomkowie?

K.W. Nie wiem z jakich pobudek inni dbają o pamięć lub odwrotnie - o nią nie dbają. Wiem natomiast dlaczego ja to robię - napisałem to we wstępie do przygotowywanej do druku książki: "Moim celem jest opisanie obecnego stanu i udokumentowanie tego, co pozostało z owych wsi, poddawanych destrukcji czasu, natury i ludzi, czyli utrwalenie znikających śladów w krajobrazie. Za profesorem Andrzejem Strumiłło, którego cenię za wkład w ocalenie mazurskiego krajobrazu i uwiecznienie go w pracach plastycznych, mogę powtórzyć: "...usiłuję zatrzymać ślady tego, co odchodzi nie dlatego, że jest lepsze, ale dlatego, że jest niepowtarzalne, a stać może się przydatne człowiekowi określającemu swoje miejsce w łańcuchu życia, co musi czynić codziennie od nowa".

Zatem zatrzymujmy te ślady i oby w tym działaniu towarzyszyli nam też inni. Dziękuję bardzo za poświęcony mi czas.

Wywiad przeprowadziła Hanna Szurczak, zdjęcia: z archiwum K. Worobca
2.10.2018




Tomasz Szwagrzakkontakt