EnglishDeutsch strona gwna cmentarze Ratujc pami stan 1925 bukowiec wykaz cmentarzy bibliografia linki kontakt z autorem


Wywiad z Markiem Rabskim, społecznikiem z Legnicy, pierwszym opiekunem cmentarza w Piątnicy (dolnośląskie)

Panie Marku, niezwykle się cieszę, że możemy poznać się osobiście. To przyjemność uścisną rękę osobie, której trud kontynuujemy. Czy może Pan opowiedzieć parę słów o sobie?

M.R. Mieszkam w Legnicy i tu pracuję. Jestem nauczycielem akademickim w Państwowej Wyższej Szkole Zawodowej im. Witelona w naszym mieście oraz w Zespole Szkół Ekonomicznych. Należę również do legnickiego Oddziału PTTK.

Zatem nie historyk!

M.R. Zainteresowanie historią najbliższych okolic wiąże się z moją profesją – turystyką i trwa od początku tego wieku, czyli niedawno.

Jak i kiedy zaczęła się pana przyjaźń z cmentarzami wiejskimi?

M.R. Sądzę, że to takie odkrycie, którego dokonałem przekraczając magiczny próg 50 lat. Historia zaczęła się od Smokowic. Zanim jednak pojawił się cmentarz, był pomnik żołnierzy z I wojny światowej. Ok. roku 2004 rozpocząłem pracę na uczelni. Zacząłem wówczas prowadzić ewidencję pomników z I wojny, znajdujących się w Legnicy i okolicy. Było to związane z moim zawodowym projektem – przygotowanie artykułu na konferencję o krajoznawstwie. Podczas zbierania materiałów natknąłem się na informację, że w podlegnickich Smokowicach jest jeszcze jeden pomnik poległych w tej wojnie. To była jakaś wzmianka, na która natknąłem się w internecie. Informacji towarzyszyły zdjęcia – wynikało z nich, że pamiątkowa płyta spoczywa na cmentarzu. Zaintrygowany faktem, że istniej cmentarz, o którym nigdy nie słyszałem, wybrałem się na poszukiwanie. Z synem przeczesywaliśmy okolicę około dwóch godzin, aż wreszcie trafiliśmy na to miejsce.

I co zobaczyliście?

M.R. Samochód zostawiliśmy koło budynku gospodarczego obok dawnego pałacu. Szukaliśmy najpierw po prawej stronie od drogi, od strony Szymanowic. Nic. Po drugiej stronie zarośla, wspomniany budynek gospodarczy. Za nim resztki po pałacu, a w zasadzie piwnice. Obok staw i mur z cegły. Dopiero po przejściu drogą obok budynku gospodarczego, a później nowego budynku trafiliśmy na cmentarz. A w zasadzie nikłe pozostałości po nim. Parę nagrobków, najczęściej w złym stanie. Duża dziura w miejscu innego nagrobka. Chyba ktoś szukał skarbów. Teren bardzo zarośnięty, ale widoczne było 8 tablic.

A pomnik, z powodu którego się pan tam wybrał?

M.R. Odnaleźliśmy skromny pomnik żołnierzy poległych w I wojnie światowej. Właściwie tablicę pamiątkową. Zrodził się pomysł, by przenieść ją w miejsce bardziej widoczne, ale władze miasta nie wyraziły zgody. I to był ten impuls, którego potrzebowałem! Narodził się pomysł, by zająć się całym cmentarzem. Zakładałem działanie w małej grupie: rodzina, przyjaciele, znajomi.

Który to był rok?

M.R. Z moich zapisków wynika, że wiosna roku 2012

Powiedział pan, że zainteresowanie historią pojawiło się właściwie obok pana wcześniejszych zainteresowań. Co zatem spowodowało, że zaopiekował się pan tym miejscem?

M.R. Jakimi motywami się kierowaliśmy? Widzi pani, cywilizowani ludzie dbają o groby przodków, niezależnie od poglądów, historii. Dla mnie cmentarz jest miejscem świętym, a tu następowała jego profanacja. Miejsce było zaśmiecone. Miałem poczucie, że obowiązek religijny tego ode mnie wymaga. Dodatkowo okazało się, że jest położony na terenie mojej parafii. Postrzegałem również tę sytuację jako wstydliwą dla obecnego mieszkańca Legnicy. Przykro byłoby mi, gdyby Niemcy zobaczyli, jak Polacy zaniedbali ten teren. To także obraz mojej Ojczyzny. Uważam, że powinniśmy zadbać o cmentarz, który pozostał bez naturalnych opiekunów. Pamięci o II wojnie nie powinniśmy wyrażać niechęcią do cmentarzy ewangelickich.

Jak przebiegały prace na cmentarzu?

M.R. Mam dokładną kronikę naszych działań. Jeden z pierwszych wpisów: „luty 2013: wizyta z 2 paniami z Urzędu Miasta – wizja lokalna. Jedna pani z Wydziału Infrastruktury, a druga specjalistka ds. zieleni. To historyczna chwila. Przedstawiciele UM wizytują to miejsce i mają zadecydować o jego losie. Pani ds. zieleni sprawnie ocenia zawartość drzewostanu i kwiatów. Widać już pierwsze oznaki wiosny. Przebiśniegi.”

Zaczął pan bardzo fachowo, od uzyskania zgody właściciela terenu.

M.R. Bez tego nie wyobrażam sobie rozpoczęcia prac. Każdy teren ma swojego właściciela, należy uzyskać jego zgodę.

I jak szybko ją pan uzyskał?

M.R. Już w marcu. Wreszcie mogłem zakasać rękawy!

Jak przebiegały dalsze prace?

M.R. Pierwsza robocza wyprawa nastąpiła w połowie kwietnia. Wówczas pojechałem z Andrzejem Rogalskim na wycinkę drzew, gałęzi - tych krzywych, zeschniętych czy zbyt zwisających. Szybko uświadomiłem sobie, że piłą i siekierką robiłbym to chyba parę dni, a tu 3 godziny i po robocie. Pomoc kolegi była niezwykle istotna. Jednak najczęściej jechałem sam, taka praca w samotności dawała poczucie spełnienia. Nie mogę jednak nie wspomnieć o tym, jak ważna była pomoc ze strony syna i jego kolegów, lub innych moich znajomych. Wspólnymi siłami udało się uporządkować teren cmentarza, pozbawić go nadmiernej zieleni, odkryć pierwotny układ ścieżek.

Kolejny krok?

M.R. Po uporządkowaniu terenu okazała się konieczna reperacja nagrobków. Nie ma ich wiele, ale wymagały drobnych napraw. Tu też znalazł się życzliwy kolega – Szymon Maczkowiak, który posłużył nie tylko radą, ale też sam takich napraw dokonywał. Robiliśmy to pod koniec lata.

Praca na cmentarzu w Smokowicach wypełniła pana wolny czas szczelnie!

M.R. I tak, i nie. Smokowice to moja perełka. To duży nakład pracy, ale i satysfakcja ogromna. Teraz jedynie muszę zbierać liście, dbać o usuwanie samosiejek. Można rzec – kosmetyka. Jednak przy okazji pracy na cmentarzu narodziło się zainteresowanie samą wioską. Jeden ze znajomych przewodników, wiedząc o moich zainteresowaniach, umożliwił mi spotkanie z Sigismuntem von Zeidlitz. Za jego pośrednictwem poszukiwałem potomków dawnych mieszkańców Smokowic, mieszkających obecnie w Niemczech. Mój anons ukazał się w ”Liegnitzer Heimatblatt”.

Był jakiś odzew?

M.R. Udało mi się nawiązać kontakt z kilkoma rodzinami. Może nie wszyscy okazali zainteresowanie, ale odezwały się rodziny Grundmannnów i Lenke. Te rodziny pojawiły się w Legnicy, mogliśmy razem odwiedzić groby ich bliskich.

Pozwolę sobie zacytować w tym miejscu jeszcze raz pana kronikę:

„5.10 (sobota). Hotel Qubus. Starsza pani pyta: Rabski? To rodzina Hansa od Grundmannów. Powitania, przedstawianie się. Rozmowy, serdeczna atmosfera. Jest ich 8 osób. 3 pokolenia. To dobrze, że i wnukowie przyjechali do swoich korzeni. Pytają czy możemy jutro jechać do Smokowic. Umawiamy się na 9.30. 6.10 (niedziela) A więc o 9.30 spotykamy się pod Qubusem. Jedziemy. Parkujemy na parkingu - 3 samochody. Razem 11 osób. Od dawna tylu osób naraz tu nie było. Potomkowie są tu po wielu latach. To chyba wielka chwila dla Smokowic. Dla mnie też. To jakby ukoronowanie prac i sens tych prac. Bliscy przyjeżdżają, aby pomodlić się tu i to w godnych warunkach. Cieszę się tym, a ten trud opłacił się. Rozmowy, zaduma. Jedna z sióstr Hansa czyta wspomnienia rodziców czy dziadków. Podniosła chwila, rodzina razem na grobie swego przodka. Skupienie. Robimy wspólne zdjęcie przy pomniku i przy krzyżu. Wymiana adresów. Wracamy. Jeszcze spacer drogą do krzyżówki, w stronę miejsca, gdzie stał Ich dom. To chyba smutna chwila gdyż zaraz wracamy. Jedziemy do Legnicy i koło Katedry żegnamy się. Do zobaczenia za 2 lata.”

Mówił pan o zainteresowaniu historią wioski. Czy poza szukaniem potomków przedwojennych mieszkańców udało się panu podjąć jeszcze inne kroki?

M.R. Znajomi znajomych doprowadzili mnie do byłego mieszkańca Smokowic, obecnie legniczanina. Pan Mieczysław Paczkowski okazał się skarbnicą wiedzy, chętnie się tą wiedzą ze mną dzielił.

Smokowice były, są i będą pod pana opieką. Skąd wiec pan na cmentarzu w Piątnicy?

M.R. Może to bakcyl? Nie ukrywam, że to jest wspaniała przygoda, która na szczęście została zaakceptowana przez moją rodzinę. Kiedy więc opanowałem sytuację w Smokowicach, poczułem potrzebę zajęcia się kolejnym cmentarzem.

Również na obrzeżach Legnicy.

M.R. Tak. To miejscowość Rzeszotary. Na cmentarzu zostało niewiele. Podmurówka pod ogrodzenie i filary od bramy. Dwa nagrobki. Jeden na samym cmentarzu, drugi tuż obok. Właścicielem jest Gmina Miłkowice, od której oczywiście uzyskałem pozwolenie na prace. Tym razem swoją prośbę firmowałem jako PTTK Legnica, za zgodą tej organizacji, której jestem członkiem. Pierwsza była wycinka. Wójt okazał się bardzo przychylny. Przy okazji prac na drodze koparka pomogła mi wyciągnąć korzenie – w ten sposób gmina pomogła mi w jednej z najcięższych prac. Na tym cmentarzu było w sumie niewiele pracy. Gałęzie, koszenie trawy. W pewnym momencie, gdy nasze prace nabrały tempa, ktoś podrzucił nam jeszcze jeden nagrobek. To bardzo miłe. Jeszcze podczas prac w Smokowicach nauczyłem się odnawiać napisy na nagrobkach. Pędzelkiem i czarną farbą. Tutaj też mogłem tę umiejętność wykorzystać.

Czy podobnie jak w Smokowicach zainteresował się pan historią wsi?

M.R. Oczywiście. Powiem nawet, że w tym przypadku to zainteresowanie przybrało namacalny kształt. Wymyśliłem sobie „Zeszyty Rzeszotarskie”. Pierwszy numer ma wydać GOKiS w Miłkowicach. Jest już gotowy do druku. Dzięki wywiadowi, który zrobiłem z jednym z mieszkańców, ocaliłem jego wspomnienia. Mój rozmówca kilka miesięcy temu zmarł. Chciałem rozmawiać z osobami, które osiedliły się na naszych terenach w 1945. Zrobiłem w sumie kilka wywiadów z najstarszymi mieszkańcami. Pozyskałem zdjęcia z ich domowych zbiorów. To bardzo cenne pamiątki tego czasu. Małych i wielkich historii. Warto, by zostały zachowane, a kolejne pokolenia mogły z nich korzystać.

Aż się boję pytać: co dalej?

M.R. Piątnica pojawiła się tak trochę znienacka. Rozmawiałem z człowiekiem, mieszkającym w Pątnowie, który ma wielką wiedzę o przeszłości tych terenów. On powiedział, że jest takie miejsce z pięknym krzyżem w Piątnicy. Pojechałem, zobaczyłem i postanowiłem się tym zająć. To był rok 2016. Urząd Miasta wydał mi kolejną zgodę, już bez jakichkolwiek wątpliwości. Z synem i kolegami sprzątnęliśmy ogromne ilości śmieci, mnóstwo opon, cegieł. Wycięliśmy część drzewek. Urząd zobowiązał się, że to wywiezie, więc złożyliśmy wszystko na jedno miejsce. I zgodnie z obietnicą śmieci zostały wywiezione. Kiedy 1.11.2016 pojechałem do Piątnicy, by się pomodlić i zapalić znicz, przeżyłem niezwykłe wzruszenie. Na tym opuszczonym cmentarzu płonęło ich już chyba z 10!

Jednak innych prac w Piątnicy pan nie podjął?

M.R. Mieliśmy pionizować nagrobki, ale nie zdążyliśmy. Teraz wiem, że Wy macie takie zamiary – jestem bardzo zadowolony, że ktoś przejmie i poprowadzi dalej opiekę nad Piątnicą. Dokumentacją miejscowości nawet nie zacząłem się zajmować, nie dałem rady. W pewnym momencie trafiłem na kolejny cmentarz, żydowski w Jaworze. I to zaczęło mnie przerastać. Kiedy pan Daniel Nowik skontaktował się ze mną, odetchnąłem z ulgą. Chętnie oddam Piątnicę w dobre, czyli Wasze, ręce. Ale to już decyzja UM – właściciela obiektu.

Dziękuję za pokładane w nas nadzieje. „In Memorial Liegnitz” ma nadzieję sprostać oczekiwaniom. A jeśli chodzi o Jawor?

M.R. Zainteresowanie Jaworem zrodziło się po moim wyjeździe do Ziemi Świętej. Dwa i pół roku temu odbyłem podróż, o której długo marzyłem. Po powrocie zainteresowałem się cmentarzem żydowskim w Jaworze. Jest nieczynny, ostatni pochówek odbył się w latach 60. XX wieku. Pojechałem tam, by się rozejrzeć. Wyglądał fatalnie! Totalnie zarośnięty, prawdziwa dżungla. Oczywiście swoje pierwsze kroki skierowałem do właściciela terenu czyli Starostwa Powiatowego w Jaworze. Otrzymałem zgodę na prace porządkowe. Cmentarz w 1970 został wpisany do rejestru zabytków. Jeździłem nawet do Wrocławia, poszukując informacji. Teraz to jest moje wyzwanie. Pragnę zrobić ogrodzenie, bo często pojawiają się tam osoby urządzające libacje alkoholowe. Wcześniej nigdy nie zabiegałem o wsparcie finansowe, teraz jednak sam nie dam rady. Szukałem wsparcia w organizacjach żydowskich, póki co nie znalazłem. Jesienią 2016 r. Komisja Rabiniczna z Warszawy odwiedziła szereg cmentarzy na Dolnym Śląsku, także Jawor, pod kątem ich ew. renowacji. Bardzo liczyłem, że Jawor załapie się na tą listę. Nie udało się. Szkoda. Muszę więc szukać nadal.

Panie Marku. Serdecznie dziękuję za pana opowieść. Sadzę, że pana postawa może poruszyć serca wielu ludzi, tak, jak poruszyła moje. Życzę powodzenia.

M.R. Ja też cieszę się z tego spotkania. Życzę Wam wytrwałości w tym szczytnym dziele.

Wywiad przeprowadziła Hanna Szurczak, zdjęcia z archiwum Marka Rabskiego.
4.02.2018




Tomasz Szwagrzakkontakt