EnglishDeutsch strona gwna cmentarze Ratujc pami stan 1925 bukowiec wykaz cmentarzy bibliografia linki kontakt z autorem


Wywiad z Jerzym Osypiukiem, regionalistą i społecznikiem, pomysłodawcą, współzałożycielem i prezesem Nekielskiego Stowarzyszenia Kulturalnego

Na samym początku poszukiwań prowadzonych przeze mnie w internecie, natknęłam się na stronę Nekielskie Olędry - Bliskie Sąsiedztwo. Z niej czerpałam swoje pierwsze informacje o konferencji naukowej „Ziemia skrywa kości”. Wróciłam do tematu Nekli całkiem niedawno, gdy wpadła mi w oko nazwa „Olęderski Szlak Rowerowy”. Takiej gratki nie mogłam przepuścić! Telefon do Urzędu Gminy w Nekli zaowocował otrzymaniem książki „Nekielskie Olędry. W kręgu pracy, wiary i nadziei”. Po jej przeczytaniu wiedziałam już, że muszę porozmawiać z panem Jerzym Osypiukiem, redaktorem tej zbiorowej pracy.

Pierwsze pytanie wydaje się być oczywiste: gdzie tkwią początki Pana zainteresowania Olędrami?

J.O. Od momentu zamieszkania w Nekli w 1981 r. interesowały mnie sprawy lokalnej historii. Naturalnym wydaje się fakt, że każdy człowiek trafiając do nowego środowiska powinien interesować się tym, co go otacza. Nie tylko w wymiarze materialnym ale również społecznym, kulturowym i historycznym. Olędrzy, to termin znany mi od dzieciństwa, nie w pełnym wymiarze ale hasłowo. W rodzinnej miejscowości istniał staw – wyrobisko ziemne, zwane „olęderką”. Było to miejsce eksploatacji żwiru pod budowę nasypu drogi, którą budowali oledrzy, specjalizujący się w pracach ziemnych na tamtych terenach. Więcej o olędrach dowiedziałem się z pracy maturalnej ”Olędrzy z Mościc Dolnych nad Bugiem”, mojego kolegi i przyjaciela z okresu szkoły średniej Antoniego Chorążego, potomka rodziny olęderskiej. Byłem trochę zdziwiony, spotykając się po raz pierwszy w Wielkopolsce z nazwą Nekielskie Olędry. Nie przywiązywałem do tego większej wagi, aż do pewnego dnia…

Przyjechał Pan do Nekli jako dorosły już człowiek. Czy zainteresowania historią przywiózł Pan z sobą?

J.O. Trafiłem do Nekli z drugiego krańca Polski. Urodziłem się na południowym Podlasiu w województwie lubelskim. Szkołę średnią ukończyłem we Włodawie, a następnie studiowałem na UMCS w Lublinie. Zainteresowanie historią wyniosłem ze szkoły średniej za sprawą naszego wychowawcy, historyka, pana profesora Jana Korzeniewskiego. Niezwykłego człowieka, który potrafił, mimo technicznego profilu szkoły, zainteresować nas historią. Uświadomił nam, że na historię całego narodu składają się historie małych ojczyzn. Od ich poznania powinien każdy zaczynać.

Zainteresowania historyczne można realizować na różne sposoby: czytając, oglądając, prowadząc badania w archiwum, pisząc. Pan nie poprzestał na tym.

J.O. Rozpoczynając pracę pedagogiczną w szkole w Targowej Górce w gminie Nekla starałem się poznać ludzi i historię miejscowości. Obok parku dworskiego znajdował się zapomniany grób z rozbitą płytą generała Antoniego Amilkara Kosińskiego, współtwórcy Legionów Polskich we Włoszech. Poznanie historii życia tej postaci, popularyzowanie jej wśród uczniów, a także praca z młodzieżą w zakresie tworzenia szkolnej izby pamięci i wystawy dawnych maszyn rolniczych doprowadziły do zorganizowania jubileuszu 730-lecia Targowej Górki i nadania szkole imienia gen. Kosińskiego w 1988 roku. Ten projekt i współpraca z mieszkańcami tak mnie wciągnęły w tematykę historyczną, że nie było już odwrotu…. Wszystkie inne projekty, to konsekwencje tej pierwszej przygody z lokalną historią. Najwięcej satysfakcji sprawiają współpraca z lokalnym środowiskiem i nawiązywanie kontaktów z potomkami postaci historycznych, którzy chętnie współpracują z uwagi na zainteresowanie ich przodkami. Kolejnym, dużym przedsięwzięciem była zakończona pełnym sukcesem, pionierska w warunkach Wielkopolski, akcja przywracania godności ewangelickim cmentarzom olęderskim w gminie Nekla, uwieńczona przyjazdem 12 osobowej grupy potomków nekielskich olędrów z Australii w 2005 r. W 2006 r. miałem przyjemność należeć do grona współzałożycieli Wielkopolskiego Towarzystwa Genealogicznego „Gniazdo”. W ramach tego stowarzyszenia w 2010 r. zorganizowaliśmy w dawnej mojej szkole w Targowej Górce projekt genealogiczno-historyczny od nazwą „Stąd mój ród. Historie naszych rodzin”. Sprawdził się tutaj doskonale wypracowany wcześniej model współpracy z potomkami rodzin ziemiańskich: Karłowskich z Mystek i Madalińskich z Dębicza. Na przykładzie genealogii tych rodzin uczniowie gimnazjum uczyli się poznawać sposoby badania historii własnych rodzin. Na podsumowanie projektu przyjechało ok. 30 osób, potomków tych rodzin. To najlepsza forma pracy, ukazująca młodzieży i społeczeństwu ciągłość historyczną pomiędzy przeszłością a teraźniejszością i związki tych rodzin z lokalnym środowiskiem. http://www.zstargowagorka.nekla.pl/stadmojrod.htm W 2011 r. zainicjowałem powołanie do życia Nekielskiego Stowarzyszenia Kulturalnego, które ma na swoim koncie wiele innych ciekawych projektów popularyzujących m.in. historię lokalną. Można o nich przeczytać na stronie: http://nsk.nekla.eu/aktualnosci.html

Czy Pana pasja społecznikowska zrodziła się w Nekli?

J.O. Podwaliny do takiej pracy wyniosłem z okresu młodzieńczego (okres szkoły średniej w latach siedemdziesiątych XX w.) w rodzinnej miejscowości Dubica w gminie Wisznice, obecnie pow. bialskopodlaski. Działało tutaj aktywnie koło młodzieżowej organizacji, której członkowie chcieli wspólnie spędzać czas, bawić się, ale również robić coś pożytecznego dla środowiska. Między innymi organizowaliśmy zabawy taneczne, kuligi, spotkania z ciekawymi ludźmi, wśród których byli kombatanci II wojny światowej. Lubiliśmy słuchać ich opowieści. Tutaj w Wielkopolsce, dokąd trafiliśmy z żoną ze względu na pracę w szkole, ta pasja w znaczący sposób się rozwinęła i trwa nadal, od 35 lat…

Jakie były początki Pana przygody z Olędrami w okolicach Nekli?

J.O. 22 sierpnia 1993 r. to data znamienna, dająca początek relacjom nekielsko-australijskim. Do naszych drzwi zapukali niezwykli goście. Byli to Helen i Darrel Maczkowack z Adelajdy w dalekiej Australii oraz dr Jan Lencznarowicz, pracownik naukowy Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie. Wcześniej p. Lencznarowicz przebywał w Australii, zbierając materiały do swojej pracy doktorskiej. Tutaj był opiekunem i przewodnikiem pp. Maczkowiacków w kraju ich przodków.

Australijczycy? Po przeczytaniu książki wiem, czemu mówi Pan o nich w tym miejscu, ale szerszemu gronu odbiorców wyjaśnijmy.

J.O. Australijski Maczkowiack to polski Maćkowiak. Przodkami Darrela Maczkowiacka byli Antoni Maćkowiak, urodzony w 1817 roku w katolickiej rodzinie w Podstolicach oraz Anna Eleonora Kriese. Kiedy rodzice Antoniego wcześnie zmarli, sierotą zaopiekowała się zaprzyjaźniona rodzina Mertin z Nekli Hauland, dzisiejszej Nekielki. Wychowywał się z dziećmi Mertinów, później pracował u gospodarzy w Nekielce i Siedleczku. Tam poznał córkę luterańskiego gospodarza z Siedleczka, Annę Eleonorę Kriese z którą ożenił się 19 maja 1846 r. w Nekli. Ślubu udzielił im pastor dr Emil Franke, proboszcz staroluterańskiej parafii w Rogoźnie. Kilka miesięcy później, 12 października 1846 r. odpłynęli z portu w Bremie żaglowcem „Heloise” do Australii. Płynęli w gronie 13 innych rodzin z Nekielki. Po 5 miesiącach żeglugi i wielu dramatycznych przygodach, zeszli na ląd w Port Adelaide w Australii 17 marca 1847 roku. Historię tej rodziny opisał w książce „The Maczkowiack family history” jeden z potomków, Howard Thiele.

Wróćmy do tej pierwszej wizyty.

J.O. Pokazaliśmy im Podstolice, Opatówko, Targową Górkę, gdzie na cmentarzu szukaliśmy grobów z nazwiskiem Maćkowiak. Australijczyk, pełen emocji, napełnił puszkę po negatywie fotograficznym ziemią z polskiego cmentarza aby rozsypać ją w rodzinnym kraju na grobach przodków. Odwiedziliśmy też Nekielkę i Siedleczek. Goście pragnęli zidentyfikować gospodarstwa, z których wywodzili się przodkowie, ale w tym dniu okazało się to niemożliwe.

Wrażenie, jakie wywarło to spotkanie na Panu zaowocowało już wtedy jakimiś działaniami?

J.O. Rzeczywiście było to wielkie przeżycie dla całej rodziny ale trudno mówić o podejmowaniu działań. Podczas tamtej, pierwszej wizyty, do której w rozmowach chętnie wracaliśmy, Darrel Maczkowiack podarował mi egzemplarz monografii rodzinnej, o której wspominałem. Wielokrotnie do niej wracałem. Zastanawiający był dla mnie fakt, że w części opisującej historię Polski, na mapach Nekla była zaznaczona większą kropką niż Warszawa. Sugerowało to, jak ważne to dla rodziny Maczkowiacków miejsce. Nie dawało mi to ciągłe spokoju.

Znajomość z potomkami nekielskich Olędrów miała kolejną odsłonę.

J.O. Minęły cztery lata. We wrześniu 1997 r. otrzymałem list od p. Tadeusza Maćkowiaka z Koszalina, który przebywając w Adelajdzie trafił do domu Helen i Darrela Maczkowiacków. Od nich otrzymał zadanie wyjazdu do Nekli i wspólnego ze mną poszukiwania rodzinnego gospodarstwa. Z posiadanych przez rodzinę dokumentów emigracyjnych wynikało, że ojcem Anny, Eleonory Wilhelminy Kriese był gospodarz w Siedlcu Hauland (Siedleczku) Johann Kriese. Mając takie dane udaliśmy się do Wydziału Ksiąg Wieczystych Sadu Rejonowego we Wrześni. Tam udało się zdobyć wypis z księgi gruntowej (tzw. Grundbuch). Na stronach księgi wypisani byli kolejni właściciele gospodarstwa. Zapisy kończyły się na roku 1929, kiedy to wymienione było nazwisko Józefa Wojciechowskiego. Kolejnym krokiem była podróż do Siedleczka w celu odnalezienia najstarszych mieszkańców i zadanie pytania o miejsce zamieszkania wskazanego w Grundbuchu Józefa Wojciechowskiego. Dzięki informacjom najstarszego z mieszkańców Siedleczka bezbłędnie zidentyfikowaliśmy właściwe gospodarstwo. Ku naszemu zdumieniu, pod olbrzymimi kasztanowcami stała jeszcze stara, drewniana chata, która z pewnością pamiętała opuszczającą na zawsze rodzinne progi Annę Eleonorę Wilhelminę Kriese, żonę Antoniego Maćkowiaka. Rodzina Maćkowiaków, po 4 latach od pierwszej wizyty w Polsce, otrzymała fotografie domu przodków i dokładne mapy okolicy z lokalizacją obiektu.

Te poszukiwania zmieniły Pana spojrzenie na historię Nekli i okolic.

J.O. Przodkowie naszych gości - kim byli, dlaczego tutaj się osiedlili, jak długo mieszkali w tych stronach i wreszcie, dlaczego część z nich zdecydowała się na podróż na koniec świata? Zacząłem szukać odpowiedzi na te pytania w rozmowach z najstarszymi mieszkańcami okolicy, w dokumentach archiwalnych Sadu Rejonowego we Wrześni, w zasobach Konsystorza Ewangelickiego w Archiwum Państwowym w Poznaniu. Dzięki tym rozmowom i poszukiwaniom wyłonił się dość precyzyjny obraz osadnictwa na prawie holenderskim, zapoczątkowany na Żuławach Wiślanych w XVI wieku, dotyczący osiedlenia prześladowanych w swojej ojczyźnie holenderskich menonitów, przeniesiony w następnych wiekach w głąb ziem polskich, w tym do Wielkopolski. W połowie wieku XVIII w naszych okolicach nie dotyczył już etnicznych Holendrów, ale osiedlonych na tym samym prawie, z oczynszowaniem ziemi, osadników niemieckich wyznania luterańskiego. W okolice Nekli sprowadził ich właściciel dóbr nekielskich Franciszek Odrowąż Wilkoński, nadając im przywilej osadniczy 22 października 1749 roku, osiedlając kilkudziesięciu gospodarzy niemieckich na gruntach zwanych Muniak, Strzyżewko i Lisia Woda w lasach i borach nekielskich, tworząc osadę Nekielskie Holendry, nazywaną później Nekielskimi Olędrami.

Zatem okolice Nekli stały się ojczyzną dla poszukujących wolności wyznania?

J.O. W momencie osiedlenia w okolicach Nekli w 1749 r. nie chodziło o wolność wyznania, ale raczej o szukanie dla siebie miejsca na ziemi. W państwach niemieckich obowiązywał przepis zakazujący dzielenia gospodarstw rodzinnych. Z reguły gospodarstwo mógł odziedziczyć jeden z synów. Pozostałe, dorosłe dzieci musiały szukać dla siebie nowego zajęcia. Po licznych wojnach i epidemiach na ziemiach polskich brakowało rąk do pracy. Wiele wsi było opustoszałych. Dlatego ten rodzaj osadnictwa był korzystny dla obu stron pod względem ekonomicznym. Nowi osadnicy chcieli też lepszego życia, potrzebowali terenów do uprawy i wolności osobistej. To gwarantowało im osadnictwo na prawie (h)olenderskim. Każdy z przybyszów wpłacając okupne otrzymywał do zagospodarowania kilkunastohektarową działkę, którą musiał, w zależności od lokalizacji, wykarczować lub osuszyć. Na jej środku budował dom, a następnie zabudowania gospodarcze. Otrzymywał 7 lat wolnizny, czyli przez 7 lat był zwolniony z płacenia właścicielowi gruntu czynszu i wszelkich podatków (dla państwa, kościoła katolickiego, kościoła ewangelickiego). Proces osiedlenia pierwszych olędrów w okolicach Nekli odbył się w okresie staropolskim, na 44 lata przed II rozbiorem Polski w 1793 roku.

Coś jednak poszło nie tak?

Rewizyta parafian z Klępska

J.O. Objęcie tych terenów przez Prusaków przyniosło kres swobód i wolności religijnych osiedlonych tutaj staroluteran. Rozpoczęły się trudne dla nich lata. Władze chciały włączyć tę grupę religijną w struktury kościoła unijnego, powstałego z połączenia kościołów luterańskiego i kalwińskiego, czemu się ostro sprzeciwiali, doznając tym samym prześladowań ze strony władz pruskich. Taka sytuacja doprowadziła do tego, że po niemal stu latach zamieszkiwania w tej okolicy, kilku kolejnych latach suszy i docierających informacjach, że można lepiej urządzić się w Australii, 14 rodzin z Nekielskich Olędrów zdecydowało się sprzedać swoje gospodarstwa i wyruszyć z rodzinami w najdłuższą podróż życia, na koniec świata, do Australii. W kolejnych latach wyjeżdżali ich krewni i znajomi. Proces ten trwał aż do I wojny światowej, choć pojedyncze przypadki zdarzały się też później. Po I wojnie światowej, zwycięskim powstaniu wielkopolskim, wprowadzeniu administracji polskiej i postanowień Traktatu Wersalskiego, w ramach tzw. opcji ok. 2/3 ewangelickich mieszkańców zdecydowało się wyjechać do Niemiec, sprzedając swoje gospodarstwa. Pozostali potomkowie olędrów, którzy uważali, że ta ziemia to ich Haimat – pozostali.

Dziś jednak na tym terenie nie ma potomków pierwszych osadników, nikt nie dbał o pozostałe po nich cmentarze.

J.O. Dramatyczne wydarzenia II wojny i konieczność opuszczenia tych terenów przed wkroczeniem Armii Czerwonej w 1945 roku sprawiły, że okoliczne miejscowości: Nekielka, Barczyzna, Gierłatowo, Zasutowo, w gminie Nekla , Brzeźno i Siedleczek w gminie Kostrzyn w części opustoszały. Władze osiedliły w opuszczonych gospodarstwach innych Wielkopolan oraz przesiedleńców z Kresów Wschodnich RP. Opuszczone gospodarstwa zmieniły właścicieli, cmentarze ewangelickie pozbawione opieki współwyznawców religijnych ulegały degradacji. Nikt z nowych mieszkańców nie interesował się nimi. Spotykały się wręcz z niechęcią, niezasłużenie kojarzyły się z traumą II wojny światowej. Dopiero przyjazdy gości z dalekiej Australii i stawiane przy tej okazji pytania uświadomiły nam, jaki los spotkał cmentarze, które w każdej kulturze i religii są miejscem świętym, którym należy się szacunek bez względu na wyznanie religijne, czy narodowość spoczywających tam ludzi. Przyjazdy potomków olędrów wskazywały na to, że były to miejsca dla nich bardzo ważne, za stan których musieliśmy się wstydzić.

I to był właśnie impuls, który dotarł za Pana pośrednictwem do szeroko rozumianej społeczności lokalnej?

Grób, w którym spoczywa prawdopodobnie pastor Gessner ze swoją córką

J.O. W sierpniu 2004 r. został powołany Społeczny Komitet Renowacji Cmentarzy Olęderskich w Gminie Nekla. W jego skład weszli aktywni przedstawiciele życia społecznego z Nekli i okolicy. Otrzymaliśmy wsparcie od władz i społeczności lokalnej (więcej w materiale „Nekielska inicjatywa na rzecz cmentarzy ewangelickich/Cmentarze w Polsce”). Całe społeczeństwo zdało egzamin z humanitaryzmu. Cmentarze wróciły do naszego krajobrazu, a historia do społecznej świadomości. Nagrodą dla wszystkich były piękne słowa wdzięczności, wypowiedziane na uroczystości podsumowującej porządkowanie cmentarzy, przez przedstawicieli 12 osobowej reprezentacji australijskich potomków nekielskich olędrów. Ich serdeczność i łzy wzruszenia były najlepszą zapłatą za wysiłek organizacyjny wielu, wielu ludzi. Uświadomiło to naszym mieszkańcom, jak ważne są dla gości z Australii nasze działania, przywracające godność miejscom wiecznego spoczynku ich przodków.

Czy Wasze działania miały wymiar jedynie duchowy?

J.O. Staliśmy się ambasadorami nie tylko Nekli, ale i naszego kraju. Nie może być lepszej promocji kraju, regionu, gminy na krańcach świata niż wdzięczność tych, którzy tutaj przyjeżdżają, oglądają miejsca gdzie żyli, pracowali i modlili się ich przodkowie. Wyjeżdżając zabierają ze sobą przekonanie, że należycie dbamy o historię ich przodków i miejsca ich wiecznego spoczynku, a tym samym pozytywny obraz Polski. Dają temu wyraz w listach, mailach, artykułach, które pojawiają się w Australii.

Macie na poparcie tej tezy wspaniałe dowody.

Uczestnicy Olęderskiego Stypendium Rodziny Nuske. Gimnazjum w Nekli

J.O. Jednym z takich namacalnych akcentów wdzięczności jest Olęderskie Stypendium Rodziny Nuske, ufundowane przez Mary Cooper z Melbourne dla młodzieży gimnazjalnej w Nekli, poznającej historię Oledrów. W nowym roku szkolnym odbędzie się już jego 6 edycja. Emocjonalny stosunek do kraju przodków wyrażany jest również w inny, niekonwencjonalny sposób. Rodzina Darrela Maczkowiacka nazwała swoją łódkę imieniem „Nekla”. Burmistrz wysłał jej właścicielom flagę z herbem Nekli, która jest swoistą banderą na tej jednostce pływającej. Co roku okolice Nekli odwiedzają rodziny potomków olędrów z Australii. Rozwija się swojego rodzaju turystyka kulturowa. Staraliśmy się dokumentować te wizyty na stronie internetowej: http://oledry.nekla.pl/

Czy dostrzega Pan wyniki działań tego typu promocji regionu w skali województwa, kraju?

Uczestnicy XVI Forum Publicystów Krajoznawczych na cmentarzu w Barczyźnie

J.O. Popularyzacja w wielkopolskich mediach historii olęderskiej i naszych działań, w połączeniu z przyjazdami potomków olędrów z Australii sprawiły, że zrobiło się coraz głośniej w regionie na temat cmentarzy olęderskich w gminie Nekla. Najbardziej cieszy fakt, że zwracają się do nas przedstawiciele różnych środowisk w Wielkopolsce z pytaniem: jak się zabrać za uporządkowanie cmentarzy ewangelickich w ich okolicy? Z radością dzielimy się naszymi doświadczeniami i jesteśmy dumni, że inni dostrzegają taka potrzebę i chcą iść w nasze ślady. Odwoływanie się do naszych doświadczeń wpływa na promocję Gminy Nekla, która zainicjowała przed jedenastu laty działania na rzecz przywracania godności miejscom wiecznego spoczynku nekielskich olędrów. Przyjazdy rodzin z Australii, grup wycieczkowych studentów z Paderborn w Niemczech, studentów niderlandystyki UAM w Poznaniu, młodzieży szkolnej z Poznania, grup rowerowych z różnych stowarzyszeń, Uczestników Forum Wielkopolskich Publicystów Krajoznawczych oraz Wycieczka koła PTTK Echo z Poznania szlakiem osadnictwa olęderskiego. VI 2012(oledry.nekla.eu)innych grup, zainteresowanych poznaniem historii nekielskich olędrów i inicjatywy porządkowania cmentarzy, buduje pozytywny obraz gminy Nekla i przyczynia się do jej promocji nie tylko w kraju ale również w Australii. W ciągu 10 lat od pierwszej uroczystości podsumowującej porządkowanie cmentarzy, ponad czterdzieści rodzin z dalekiej Australii odwiedziło okolice Nekli. Świadczą o tym artykuły na stronie internetowej, wpisy w prowadzonej od pewnego czasu kronice, jak również pozostawiane wpisy w notatniku adresowym. Zainteresowanie turystyką kulturową, której podstawą jest poznawanie historii olędrów i fenomen przyjazdów australijskich potomków nekielskich olędrów na ziemie przodków sprawia, że Nekla staje się coraz bardziej znana nie tylko w kraju, ale również w dalekiej Australii.

Dziękuję serdecznie za wspaniałą podróż po Nekli i okolicach, po jej historii i dniu współczesnym, jaką była rozmowa z Panem. Mam nadzieję, że i w województwie łódzkim znajdą się Wasi naśladowcy. A czytelnikom wywiadu polecam jeszcze: recenzję książki „Nekielskie Olędry. W kręgu pracy, wiary i nadziei”/Recenzje oraz materiał „Nekielska inicjatywa na rzecz cmentarzy ewangelickich”/Cmentarze w Polsce.

Wywiad, w oparciu o tekst pana Jerzego Osypiuka, przygotowany dla Kroniki Wielkopolski nr 4 (156) z 2015 r., przeprowadziła Hanna Szurczak 05.08.2016

Zapraszamy do czytania i oglądania: http://oledry.nekla.pl/news/download.php




Tomasz Szwagrzakkontakt